Witam Wszystkich,
Tak się zbierałam z tym wpisem od kilku dni, ale zawsze coś mi wypadało. Wreszcie wczoraj miał być ten ostateczny dzień ale niespodziewanie (choć to naiwne, bo właściwie powinnam się tego spodziewać) przyszła wszechogarniająca depresja. W depresji nie mogę ani gotować (cały dzień praktycznie leżałam i nic) ani też opowiadać o gotowaniu. Nie chciałabym Was zanudzać moimi nastrojami – wiedzcie tylko, że są takie naprawdę obezwładniające. Szczególnie te depresyjne. Na całe nieszczęście ostatnio deprecha mnie jakoś nie opuścić… Doskonale znam jej przyczynę – niestety jest nieusuwalna. Właściwie powinnam napisać NIEUSUWALNA – taka okropna ta przyczyna. Taka ble w ogóle i dołująca. Pozostaje mi tylko się przyzwyczaić…. Staram Si, naprawdę. W ramach tej walki byłam dziś np. z całą rodziną na przedstawieniu Lampa Alladyna – Roma – cudowna zabawa. Faktycznie depresja sobie poszła (oby nie chwilowo) i już mogę i gotować i o gotowaniu opowiadać.
Uciekając więc przed kolejnym atakiem depresji opiszę Wam moją przygodę z karkówką J. Mam takich kilku degustatorów w pracy – smakowało im – jeden nawet powiedział, że danie jest „zjawiskowe”. Minę miał szczerą, więc raczej mu wierzę – zwłaszcza, że jakiegoś konkretnego interesu do mnie nie ma J. Wracając do karkówki – potrzebujemy:
Karkówka (ja miałam kawałek ok. 1,5 kg)
4-5 cebul (generalnie im więcej tym lepiej)
Opakowanie włoszczyzny mrożonej „w paski”
Sól, pieprz, papryka słodka, liść laurowy, ziele angielskie
W brytfannie rozgrzewamy olej (właśnie robiąc tą karkówkę stłukłam pokrywkę i musiałam sobie kupić nową brytfankę) i podsmażamy pokrojoną w paski cebulę. Następnie na tej cebuli mocno, z każdej strony „przychylamy” (moi czytelnicy już wiedzą co to znaczy) karkówkę i na koniec dodajemy włoszczyznę i przyprawy. Dolewamy jakąś szklankę wody i dusimy ok. 2 godzin na wolnym ogniu. I to w zasadzie tyle.
Polecam na niedzielny obiad
Mama Kasia
Witam Wszystkich po przerwie,
Nie będę się z niej tłumaczyć – obiecuję jednak bardziej się przykładać i takich przerw nie powtarzać. Zobaczymy czy mi się uda.
Byłam w Paryżu! Nie tak długo jak ta przerwa oczywiście, ale kilka dni wystarczyło, żeby się zdystansować od pracy i problemów wszelakich. To niesamowite miasto – a już mój ukochany Montparnasse to po prostu wymiata (że tak się kolokwialnie wyrażę). Nie wiem skąd ta magia, prawdą jest natomiast, że czuję się tam jak w innym świecie. Polecam Wam to miasto gorąco. Głodnych wrażeń kulinarnych zapraszam do La Rotonde (na Bulwarze Montparnasse oczywiście) – kuchnia i otoczenie niedopisania, a na dodatek na ścianach reprodukcje obrazów Modiglianiego. Mogłabym stamtąd nie wychodzić. Tanie nie jest, ale warto wydać tam każde pieniądze. NA to wspomnienie aż mnie ciarki przechodzą…
Halo, halo – wracamy do rzeczywistości – Montparnasse jest daleko i teraz trzeba kulinarnie zadowolić domowników. Uduchowiona i lekko bujająca w obłokach od niedzieli gotuję bez opamiętania. To co dziś opiszę moje dzieci potraktowały jak ja obiad we wspomnianej La Rotonde (mój mąż też, który w odróżnieniu od dzieci miał porównanie). Nieskromnie dodam, że mi też smakuje. Panie i Panowie – SCHAB MARYNOWANY W JOGURCIE:
Potrzebujemy:
1,5 kg schabu bez kości
Kubek jogurtu naturalnego (120 ml – jeżeli chcecie wiernie odtworzyć oryginał – mój oryginał – to był to jogurt Piotra i Pawła)
1 butelka kefir (400 ml Robico) – podejrzewam, że zamienniki można stosować bez ograniczeń
Kilka łyżeczek ciemnego sosu sojowego
Płaska łyżeczka soli
Pieprz
1 cebula rozkrojona na 4 części
Z wszystkiego poza schabem robimy marynatę (cebulę tam po prostu wrzucamy) i wkładamy do tego mięso tak aby było przykryte (tą marynatą). Odstawiamy na 24 godziny w chłodne miejsce. Po tym czasie w brytfance na maxa rozgrzewamy troszkę oleju – i –wyciągnąwszy uprzednio mięso z marynaty (której jednak nie wylewamy) - mocno je obsmażamy ze wszystkich stron. Musi się ładnie zbrązowić. Następnie dolewamy marynatę i na wolnym ogniu dusimy ok. 2 godzin. To co uzyskamy to wilgotne mięso i dużo lekkiego sosu. Z braku La Rotonde – polecam!!!
Mama Kasia
Witam,
Już nie będę mówić, że „po długiej przerwie”, bo ostatnio mam same długie przerwy – więc po prostu – cieszę się że znów do Was piszę. Sytuacja do tego jest wprost idealna – mąż na treningu, dzieci oglądają bajkę (po całodniowych harcach w końcu siadły), ogólnie cisza i spokój. Cały dzień nie wychodziłam z domu – taki był plan: siedzieć na kanapie i nic nie robić. Relax. Oczywiście coś tam ugotowałam, ale spanie do 9.15 (!) – w moim przypadku to prawie jak do południa i dzień w dresie zrobiło swoje – nareszcie czuję jakieś symptomy odpoczynku. Potęgowane są one dodatkowo dobiegającym z kuchni zapachem ciasta bananowego… błogo. Żeby wszystko było jak należy przygotowaliśmy się do tego leniuchowania – wczoraj byliśmy w kościele i również wczoraj przygotowałam większość obiadu. O tym obiedzie właśnie chciałam dziś napisać. Tak sobie pomyślałam, że zacznę nową serię wpisów zatytułowaną – „obiady niedzielne”. Jako ktoś, kto pochodzi z szanującego się Śląskiego domu mam to we krwi, że niedzielne obiady muszą być wyjątkowe. Muszą też być w południe (no najpóźniej o 13.00) – tak też jest u nas. Jest to szczególne wydarzenie, na które wszyscy czekają, dlatego warto poświęcić mu kilka wpisów. Manu na dziś było następujące:
Zupa borowikowa (z mrożonych borowików – okazuje się, że są nieporównywalnie lepsze niż te suszone),
Kurczak w dwóch odsłonach – (I) duszony w białym winie
i (II) taki prawie klasyczny z sosem sojowym , solą, pieprzem i papryką
Brokuły (nie gotuję ich tylko wkładam na sitko i przelewam gorącą wodą)
Surówka z białej kapusty (posolona, z sosem rybnym, olejem i octem winnym)
Małe ziemniaczki smażone na maśle
Chłopaki jadły aż im się uszy trzęsły, więc wnoszę, że im smakowało. Chcąc się z Wami podzielić choćby odrobiną tych dań zaproponuję Wam przepis na kurczaka nr I. Lekko się inspirowałam francuskim coq Au vin – ale znawcy kuchnie będą wiedzieć, że to naprawdę leciutka inspiracja J. Przechodząc do szczegółów, potrzebujemy:
Kurczaka (i tutaj mała acz ważna dygresja – kurczak z supermarketu za 9 pln to nie jest dobra opcja. Babcia Gosia znalazła jakieś tajemnicze źródło ekologicznego drobiu i jajek i przywozi nam wspaniałe zwierzaki, które całe swoje życie chodzą sobie po podwórku i zjadają to co znajdą w ziemi. Na pewno każdy z Was – a już na pewno każda szanująca się babcia ma dojścia do takich kurczaków. Takie wybierajcie do tego dania)
½ butelki białego wytrawnego wina
Zioła – tymianek, rozmaryn, szałwia, ziele angielski (3 kulki), liść laurowy
Sól, pieprz
¼ kostki masła (to niestety nie jest danie dietetyczne – jak w zasadzie większość moich)
Kilka łyżek oleju
W brytfannie mocno rozgrzewamy olej i również mocno podsmażamy na nim kurczaka podzielonego na części i posypanego ziołami i przyprawami . Jak się przyrumieni dodajemy masło i wino. Chwilkę gotujemy na dużym ogniu, a potem już na małym dusimy ok. 40min do godziny. Musicie mieć dość dużo sosu (mięso powinno być w nim do połowy zanurzone) więc jak za dużo odparowało, to proponuję dodać trochę wody.
Aromat i smak jest zjawiskowy.
Polecam Mama Kasia
Miło Wam pisać,
Muszę trochę ponadrabiać , bo nagotowałam ostatnio dużo i różnych takich nowych rzeczy. Jakoś masakrycznie boli mnie głowa, więc wybaczcie, jeśli moje przemyślenia będą dzisiaj jakieś nieskładne. Dodatkowo aura taka ponura co nie przyczynia się do jasnego myślenia. A w głowie mysli tysiąc, bo znów jadę do Trójmiasta na kilka dni i trzeba dom przygotować, nagotować, ustalić wszystkim plan działania, jakie buty zabrać trzeba zdecydować i ubrania ogólnie, dziecko przepytać bo test będzie itp. Itd. A wracając do temperatury to w celu rozgrzania zaproponuję Wam dziś zupę ziemniaczaną. Penie taka zupa już istnieje w świadomości wielu, ale u mnie objawiła się wczoraj. Potrzebujemy:
1 l rosołku Babci Gosi
5-6 średnich ziemniaków
1 cebula
20 dkg wędzonego boczku
Majeranek, rozmaryn
W garnku na oleju podsmażamy cebulę pokrojoną w kostkę i dodajemy obrane i pokrojone w co chcemy ziemniaki. Dorzucamy majeranek i rozmaryn i obsmażamy. W międzyczasie w drugim garnuszku obgotowujemy boczek (ok. 15 min ) i tą wodę wędzoną dolewamy do ziemniaków. Boczek kroimy na drobną kostkę i podsmażamy na patelni. Dorzucamy do ziemniaków, które cały czas sobie pyrkają na malutkim gazie. Dolewamy rosołek i gotujemy jeszcze trochę. Na koniec wedle uznania można wszystko zmiksować – wtedy będzie gęste, albo nie. Jak kto woli. My lubimy zmiksowane.
Naprawdę pożywna i rozgrzewająca zupa.
Mama Kasia
P.s. jak lubimy bardzo gęste zupy, to dodajmy więcej ziemniaków.
Witam,
Długie weekendy…tak miło, dużo wolnego czasu, nie trzeba iść do pracy – bajka po prostu. Tylko jak się ta bajka kończy, to się okazuje, że nie więcej z niej problemów niż pożytku. Po pierwsze – jak weekend jest długi to znaczy, że jakiś tydzień jest krótki, a pracy w pracy tyle samo. A jak teraz były 2 krótkie tygodnie pod rząd, to możecie sobie wyobrazić co się działo albo dziać będzie.
Po drugie – w długie weekendy panuje imperatyw wyjazdów. Głównie wyjazdów do babć - o tym raczej na forum nie będziemy pisać w szczegółach – najważniejsze, że dzieciom się podoba. Niemniej jednak jak się wyjeżdża na weekend ,to to so cię zwykle w domu w weekend robi (gotowanie, prasowanie, ogarnianie całego bałaganu, zakupy itd.) trzeba zrobić w tygodniu, który i tak jest mocno przeładowany – patrz pierwszy akapit J. Dlatego właśnie dziś ( niedziela późne popołudnie) musiałam zrobić zakupy - takie duże na kilka dni – przy dezaprobacie Pani w kasie Almy. Konkluzja jest jedna – lepiej już jest jak jest normalnie – 5 dni w pracy 2 dni weekendu i 0 wyjazdów. Trzeba czasem w swoim domu pomieszkać – jak mówi Dziadek Wiesiek. Wprowadzam to w życie od przyszłej soboty.
Co do gotowania – dziś mam propozycję dla zapracowanych – takie jednogarnkowe danie – na które nie mam nazwy (może Wy coś wymyślicie). Potrzebujemy:
- żeliwny garnek z przykrywką – kluczowe do przygotowania tej potrawy
- ok. 1 kg ligawy wołowej (tak na 4 osoby)
- ½ główki białej kapusty
- 30 dkg pieczarek
- 2 cebule
- 2-3 suszone pomidory
- kilka ziemniaków
- kilka plasterków boczku wędzonego
- jogurt naturalny
- sól pieprz majeranek ziele angielskie liść laurowy
Najpierw ligawę kroimy na plastry ok. 1 cm zalewamy jogurtem, solimy i zostawiamy na noc (albo przynajmniej na kilka godzin). Następnego dnia kapustę siekamy, cebulę, ziemniaki i pieczarki kroimy w plasterki.Do garnka na dno wlewamy troszkę oleju i układamy warstwami – mięso, warzywa, mięso, warzywa – na górze mięso i kilka plasterków ziemniaków, boczek wędzony i pomidory suszone.
Stawiamy na gazie i dusimy pod przykryciem ok. 3 godzin. Taki sosik się zrobi i pychotka wyjdzie.
Polecam
Mama Kasia
czwartek, 17 maja 2012
Licznik odwiedzin: 8 650 (wersja testowa)
| « maj » | ||||||
| pn | wt | śr | cz | pt | sb | nd |
|---|---|---|---|---|---|---|
| 01 | 02 | 03 | 04 | 05 | 06 | |
| 07 | 08 | 09 | 10 | 11 | 12 | 13 |
| 14 | 15 | 16 | 17 | 18 | 19 | 20 |
| 21 | 22 | 23 | 24 | 25 | 26 | 27 |
| 28 | 29 | 30 | 31 | |||
pracująca mama, gotowanie dla głodomorów, życie, życie, życie...
Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:
Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie: